Tamara Kalinowska
TamaraUrodziłam się w Bielsku - Białej, ale w wieku pięciu lat, wraz z rodzicami i bratem wyjechałam na wieś. Dlatego pytana o miejsce pochodzenia odpowiadam: Bobowa, a dokładniej - Brzana Górna, w gminie Bobowa, obecnie województwo małopolskie.

Z tamtych czasów (i rejonów) chcę pamiętać dom sąsiadki, jej szóstkę półsierot, wychowawcę ze szkoły podstawowej i nauczycielkę języka polskiego z bobowskiego liceum.
I rówieśników z liceum, którzy otworzyli nade mną parasol ochronny przed wsią, bowiem żyłam życiem wiejskiego odmieńca. Rozmiar - ogrom doznań z tym statusem związanych, przerastał moją odporność, czyniąc mnie - w sferze emocjonalnej - kompletnie bezbronną; zwłaszcza moja ufność w skuteczność działań w myśl zasady: kto w ciebie kamieniem - ty w niego chlebem. Nadal - mimo wszystko - tę prawdę wyznaję, ale nie do końca wierzę w jej społeczną skuteczność.

Wśród rówieśników, licealistów, jak ja - moja "odmienność" była początkowo pewną egzotyką, biletem na pierwsze wspólne ognisko. Kiedy przyszłam tam z gitarą - bilet przedłużono mi do matury. Poczułam się potrzebna, usłyszałam, że niezbędna. Miałam przyjaciół, którzy mnie tłumaczyli i chronili.

Od zawsze chyba marzyłam o Krakowie. Nie musiałam tego werbalizować, tak było oczywiste. Na Uniwersytet Jagielloński nie dostałam się za pierwszym razem. Ukończyłam więc Uniwersytet Ludowy w Wierzchosławicach koło Tarnowa, skąd wyniosłam uprawnienia do nauczania tańca towarzyskiego i ludowego.
Od tamtej pory nie tańczę...

Do "Piwnicy Pod Baranami" zaproszono mnie, gdy byłam studentką pierwszego roku na wymarzonym UJ, jako laureatkę Festiwalu Studenckiej Piosenki. Przyjęto mnie od razu do zespołu stałego, żadnego terminowania.
Z perspektywy czasu podziwiam i doceniam wspaniałomyślność Piotra Skrzyneckiego. I Jego intuicję i zaufanie, kiedy przekonywał mnie, że kiedyś będę śpiewać naprawdę o tym, co czuję, że zaśpiewam "samą siebie". Tłumaczył, że aby śpiewać "siebie" muszę wpierw siebie "odszukać". Przekonał mnie, że potrzebny jest mi czas, że warto czekać. Przerażona wszystkimi i wszystkim - nie rozumiałam. Nie wiedziałam, ale czułam - bo taka jest , a raczej była u mnie kolejność - przeczuwałam, że ma rację.

Do Piwnicy przyniosłam dwie piosenki: "Wariatkę" i "Walc" i prawdopodobnie traktowałam je jako swoistą wizytówkę, która zasugeruje kompozytorom co należy dla mnie pisać. Nie wiedziałam, że jestem w miejscu ambitnych samouków, zapewniających sobie repertuar samodzielnie!
Na scenie raczej krzyczałam niż śpiewałam, jakkolwiek ufałam, że dane mi będzie zaśpiewać. Po prostu zaśpiewać. Miałam szczęście dostając od Zbigniewa Preisnera "Musimy siać" i "Miejcie nadzieję". Ale prawdziwym wyzwaniem było zaśpiewać jego "Pocałunki", "Upiorka", "Obrazy" czy kolędę Hemara "Całą noc padał śnieg"! Zaufał mi - trochę "na wyrost" - dając utwory piękne i trudne zarazem, przede wszystkim dlatego, że bardzo liryczne.
Że warto dać mi szansę uznał też Antoni Krauze - reżyserując 9 teledysków z wszystkimi śpiewanymi przeze mnie piosenkami. Grałam w nich powoli, bowiem oczekiwałam dziecka...

Po przerwie "macierzyńskiej" już wiedziałam to, co przeczuwałam wcześniej: muszę spróbować pisać. Pisałam, ale do szuflady.
Piwnica, to miejsce, które zobowiązuje. Wszystko w "Piwnicy" widziałam kilka centymetrów nad ziemią, zaś moje piosenki nie są poezją, teksty i muzyka - niepiwniczne, prawie popowe, stąd bałam się , ze Piotr ich nie zaakceptuje. Że życiem swoim muszę potwierdzić ich wiarygodność, bo inaczej publiczność mi nie uwierzy... Bałam się dezaprobaty, zwłaszcza, że nie miałam już mojego "parasola". Ze strachu zaśpiewałam bez uprzedzenia. Wiedzieli tylko muzycy...
Po premierze Piotr - zapowiadając mnie na scenie - już zawsze mówił, że nikt nie potrafi tak pięknie śpiewać o kobiecie, miłości i samotności jak Tamara.
Wszystko, co umiem, a dotyczy sceny - zawdzięczam "Piwnicy". Tam miałam szczęście poznać wspaniałych ludzi, prawdziwe Tuzy intelektu i serca. Szkoda, że nie umiałam w pełni czerpać z tej szczodrobliwości losu: czułam się bowiem jak ignorantka, nie chciałam dodawać sobie jeszcze epitetu "bezczelna". Wiem, że samo przebywanie wśród NICH było i jest dla mnie zaszczytem.

Nigdy nie przerażał mnie upływ czasu - czułam, że moim piosenkom i mnie potrzeba czasu, jak mówił Skrzynecki. Wreszcie wiedziałam, że potrafię mówić własnym głosem. Śpiewając o tym, co może się przydarzyć człowiekowi, który "myśli sercem" - znajduję wielu myślących tak właśnie. Wierzyłam, że jest ich wielu. Nie przypuszczałam, że aż tak wielu.
Piosenki niedawno nagrałam na płytę. Zapraszam do ich wysłuchania.